***

Wysoki sądzie,
Przyznaję, że ona nie podpisała ze mną żadnej ważnej umowy,
a to, że nie wiedziałem o braku mocy prawnej jej młodocianych deklaracji
i spaliłem rytualnie buty, kij i mój tani świat,
nie może stanowić okoliczności łagodzącej.

Z pokorą poddam się karze
Za wiarę z premedytacją w to,
Że piękni ludzie mogą pięknie żyć.

Codziennie bez słowa skargi
Będę deptał święte obrazy
pod kamienną wieżą,
w której się zamknęła.

***

Ja to wiem –
udajesz, że nie słyszysz,
gdy moje spojrzenie dzwoni
u twych niepodległych kostek
jak bransoletka.

 

Kraków

Na dachach duch mojego wzroku
wśród anten głodny, bo z kominów
nie płyną poematy.
Łatam więc dziury w codzienności
na kroplówce kabla.

Nowi poeci kopalnie wrażeń gdzie indziej stanowią,
a ja z kotwicą mózgu głęboko w przytulnym mule epoki
baru Dworzanin, Bellona, Wieży Melancholii
już nie mam do kogo jak,
już nie mam do kogo jak.

 

***

Masz tysiąc par ust
i każdą z nich po kolei
namawiam, by rozchyliła się
i powiedziała cokolwiek.

Na razie otrzymałem jeden pocałunek
i wszystkie moje słowa naraz
urwały się jak dzwon w dzwonnicy,
który spadłszy, ogłuszył w jednej chwili
wszystkie lwy.

 

Samotność nigdy nie jest wyborem

Może ktoś przysłałby mi z ciepłych krajów
pocztówkę dotyku, spojrzenia, uśmiechu,
lecz nawet gdyby chciał, nie wiedziałby,
w które z tysięcy zwierciadeł.

Tu horyzonty warstwami na sobie
i strach na wróble na pochyłym kiju
zwielokrotniony jak krzyk w cembrowinie.

Żadna ze ścieżek nie spotka się z drugą,
choć wszędzie prowadzą, gdzie tylko zapragniesz,
a przestrzeń dźwięk niesie jak siwy rumak
ze smutnej baśni.

Więc milczę –
dla ciebie jestem odbiciem
cienia w lusterku, co leży na szafce
w waszej sypialni.

 

***

Twoja tęczówka
jak ramiona karuzeli
co nigdzie nie zdąża
a jednak kręci.

 

***

W hałdach przekwitu dymy delirium
piłuje słońce przerdzewiałą brzytwą
chwieje się drwalka choć tego nie widać
bo czas w kalendarz wierzgnął z gumofilca

okno zarosło złuszczały framugi
w gąszcz co za szybą gapią się tępo
od lat gasnące nasze oczodoły
w suchych twarzyczkach skurczonych jak sierpień

nic nie rozpada się – powietrze trzyma
w napiętych kleszczach spróchniałą scenę
zapycha dziury w spękanej ścianie
i nagle pęcznieje w odruchowym lęku

choć twoje dłonie przyrosły do kolan
w mojej kieliszek zapłonął jak szczapa
brudnawa tęcza drży w starym zlewie
klekoczą girlandy martwych pająków

 

Grecja

muzyka
rzeźbiona w nagim drewnie nylonie i niklu
seks
wsiąka w spojrzenia i uśmiech by zalać powodzią noc
tequila sunrise
rozpuszcza pamięć
słońce
przez cały dzień obfite wodospady

jak łatwo miłość przychodzi

 

Pani Magda

Biega, krzyczy pani Magda:
„Gdzie jest obiektywna prawda?”
Szuka w jodze i w buddyzmie,
W jednym „izmie”, w drugim „izmie”
Kartki setek ksiąg przewraca,
W tę i nazad się nawraca,
„Szukam – płacze – od tak dawna!
Gdzie jest najprawdziwsza prawda?”
Pojechała do Bombaju,
Do Tybetu, do Szanghaju!
Jada grzybki, pali ziele,
Leży krzyżem, wcale nie je,
Wierzy w Boga wpierw, potem nie,
Zamiast jaśniej – coraz ciemniej!
Wtem – trzasnęła jakaś gałąź,
I się pojawiła – całość…
„Szukam prawdy – powiem panu –
Tak jak kropla oceanu.”

 

***

są melodie
które słyszę często
z różnych ust
o różnych porach roku

raz usłyszane
ciągle są nowe
ale w końcu się nudzą

*

czy znasz taką
która grana bez przerwy
w milionach miejsc i czasów
nigdy nie przestaje zachwycać?

 

Wspomnienie

(wg fotografii Tadeusza Budzińskiego)

Paulince

Resztki bladego błękitu
zalewa leniwie
morze cytrynowej herbaty

pestka Słońca wolno opada
na dno Soliny
a nasze łodzie cumują sennie
jak fusy na brzegu ciepłej filiżanki

 

Deszcz w Bieszczadach (Kohut)

Pęka w szwach
chmur spłowiały łach
na łokciach
gdzieniegdzie niebieskie dziury

łata latem obłoki płochy wiatr
na deszczu
łopocze kapota połonin

 

Erotyk jesienny

Tam daleko
miękki dywan świerków
kryje oddech wzgórz
i pragnienie

o czubki drzew
ociera się wiatr
jak kot

pożółkły liść
przykleja się do szyby

jezioro paruje szarym zmierzchem
przestaje w nim istnieć
pierwsza kropla deszczu

 

Jesień, bracie

Jesień bracie
Pora szukać ciepłej izby i przyjaznych dłoni
Trakt błotnisty od Zalesia nie zawiedzie nas już nigdzie
Te twarzyczki drobnych listków spoglądają na nas obco
Wrony nisko nad ugorem poszarzały las
Na bocznicach śpią wagony już niedługo posłuchamy
Jak uderza taran wichru w stal
Idzie bracie zima ciepłe dłonie miast czekają na nas
Bo nad drogą od Zalesia tlą się drzewa
W Zawadówce pnie przy torach
Ogień z drzew zejdzie do domów
I spod białych kart przestrzeni znów historia się odkryje
Nowa choć powtarzać ją lubimy tak

 

Na Lubelszczyźnie

Nie ma tu nic
poza światem widzialnym

murowane domki
stoją na baczność w słońcu
jak ołowiane żołnierzyki

drzewa szumią z przyzwyczajenia
w zupełnie współczesnej polszczyźnie

pod ziemię zapadły się dawno
chochliki z żydowskich miasteczek
ich imiona można wymówić
tylko w językach których już nie ma

żaden z polskich świętych
nie przeszedł nigdy tą drogą
anioły są tylko w Bieszczadach
a w duchy proboszcz wierzyć zakazał

i nie uwierzę za nic
że tutaj mogą mieszkać
demony z ksiąg tybetańskich

na rozstajach cisza
i Bozia w kapliczce

i jeszcze coś co uleci
gdy nazwę

 

Opowieść z Nieznajowej

Składamy z siebie ofiary
na młodym mchu
pod Słońcem
bladym od traw

ciche misterium drzew
podziemny oddech Łemków
a pod nami
rozlega się Dolina

 

Po otwarciu drzwi

Twój uśmiech w progu
rozszczepia szarość
na światło i mrok

oparta o drzwi
znużona postać
zrywa się z mojej twarzy
jak nietoperz

nasze spojrzenie
utkało nić
na której usiadł nagle
cały świat

 

Babcia

Z Babci życie uchodzi
pomału jak kolejne stada ptaków
w pokoju w którym leży
wkrótce spadnie z wilgotnych ścian
pierwszy śnieg