Spadająca

sł. i muz. Apolinary POlek

Zobaczyłem spadającą
gwiazdę, gdy dziś przed chałupą
stałem, gapiąc się na niebo
niepojęcie nieskończone.

Mój dom jak przykryta czarną
filiżanką z popielnika
iskiereczka na odświętnym
śniegu żarzył się obrusie.

Rozpędziło się na boki
jak galaktyk mrowie moich
życzeń, tęsknot kłębowisko
niepojęcie nieskończone.

I w najcichszej pulsującej
pustce pozostało tylko
to właściwe jak jedyna
gwiazda, co nad każdym czuwa:

Żeby tylko do wiosny
dokołatać się żywym,
żeby zadbać o siebie,
żeby siebie nie przegrać,
by przed wiatrem osłonić
własne drżące istnienie,
by grzać mogli się bliscy
jego mocnym płomieniem,
by nie oddać z miłości
swych ostatnich kaloszy,
by się w przepaść nie rzucić,
pędząc komuś z pomocą.

Gwiazda błysła i została
po niej otchłań w samym środku
nieba niczym dołek w ziemi,
w którym ktoś posadzi drzewo.

Pod tym niebem wciąż się tłucze
tak jak świerszcz zamknięty w dłoniach
moje serce wciąż zbyt dzikie,
by się śmierci dać oswoić.

Moje serce wciąż zbyt bliskie
tym, z którymi żyć mi przyszło.
Pragnę z nimi być dla siebie,
by zachować siebie dla nich.