Handlarz losów

sł. i muz. Apolinary POlek

Zaczepił mnie facet na głównej ulicy –
Był pusty upalny dzień,
Na niebie zmęczonym jajo sadzone
Słońca smażyło się.
Rzekł: stary, handluję tożsamościami,
Jaką chcesz mogę ci dać.
Możesz być królem, gwiazdą, kapłanem,
Jeżeli tylko cię stać.

Toczyłem wtedy walkę ze sobą,
Na los swój byłem zły.
Myślałem, by zacząć na nowo, więc mówię:
Niedrogo powinno to wyjść.

Chcę być daleko, za oceanem
Strażnikiem wśród dzikich gór,
Mieszkać daleko, nie mieć rodziny,
Nosić myśliwski strój.
Nie chcę wyglądać też jak wyglądam,
Opowiem ci, co i jak.
I opisałem nowego siebie
Na nowy, nieznany szlak.

„W porządku, mam coś właśnie dla ciebie,
Nie musisz płacić nic” –
Rzekł facet i nagle znikł on i ulica,
Szkło, beton i miejski spleen.
Stałem z lornetką na dużym tarasie,
Gapiłem się w gęsty las.
Nic ponad morzem drzew po horyzont
Nie było widać prócz gwiazd.

A gwiazd miliony i sierp księżyca
Powietrze jak świeży śnieg
I taka cisza, którą aż słychać,
Co duszę wypełnia po brzeg.

I tak mieszkałem miesięcy parę –
Strażnik wśród dzikich gór.
Od ludzkich siedzib dziesięć mil z hakiem,
Piec, kuchnia, łóżko i stół.
Co chwilę na las przez lornetkę patrzyłem,
Czy nie unosi się dym.
Wypatrywałem oznak pożarów
W kraju, gdzie nie ma zim.

Za towarzystwo miałem motyle
I ptaków leśnych skrzek.
Co tydzień starym jeepem przyjeżdżał
Z prowiantem tutejszy człek.
I coraz częściej mózg w głowie przeszłość
Wyświetlał jak stary film
I jak na złość coraz bardziej bolały
Wspomnienia najlepszych chwil…

A kiedy nocami już wyłem z tęsknoty,
Niech strzeże od tego Was Bóg,
Rzuciłem swoją samotną robotę,
By szukać handlarza snów.

I tak się tułałem miesięcy parę
Wśród tłumów obcych miast.
Pod powiekami mych ukochanych
Twarzy nie zatarł czas.
Codziennie dzień przeklinałem, w którym
Oddałem swój stary świat.
Słodkiej małżonce i dzieciom bez końca
Mówiłem, że kocham ich tak.

Nie ustawałem, pytałem, szukałem,
Póki nadziei choć cień,
Aż wreszcie spotkałem go w pewien poranek
Na głównej w upalny dzień.
Powiedział: „Kupił już twoją tożsamość
Gość pewien, co zawsze był sam.
Najlepszą na świecie, z miłością w pakiecie,
Dał za nią wszystko, co miał.

Nie możesz odkupić jej, była zbyt droga,
Rodzina nie pozna cię już.
Ktoś inny żonę twą tuli w ramionach
I dzieci twe kładzie do snu”.

Nie kłamał – sprawdzałem, widziałem ich kiedyś
W mieście, był z nimi ten gość.
Tak bardzo szczęśliwy, a oni tak żywi,
Był mną, a ja nikim, ot co.
Podszedłem, lecz tylko ich wystraszyłem,
Rozpoznać nie mogli mnie,
Nie wyglądałem jak ja, lecz jak chciałem
Wyglądać, gdy było mi źle.

Przełknąłem to z czasem, w końcu musiałem,
Pogodzić się, że ktoś jest mną.
A ja jestem cieniem na własne życzenie
Wygnany z życia, ot co.