sł. i muz. Apolinary POlek, Łódź, styczeń-luty 2009
Gdzieś w moim mieście są kamienice
Co zaciskając zęby udają że śpią
Kiedyś wyszli z nich ludzie z ciężkimi kulami w sercach
Nikt nie nauczył ich miłości
Wciąż dostawali w zamian
Te same białe kwiaty
Dziś jesteś ze mną i obiecuję zawsze cię chronić
I trzymać od tego wszystkiego z daleka
Gdzieś w moim mieście rosną białe kwiaty
Których nie przesadzi już nigdy nikt
I nikt się nie dowie co kryje ziemia pod nimi
Popatrz na tę dziewczynę
Która częstuje cię mandarynką
Ona nauczy cię dawać to, czego zawsze szukałeś
Dziś odjeżdżamy razem zostawić w tyle to wszystko
Zaczniemy zupełnie gdzie indziej inaczej od nowa
W tym rezerwacie spokojnej zieleni
Gdzie zło może tylko być zwykłym snem
Płynie powoli i bezszelestnie
Wielka choć niewidzialna rzeka ciemnej krwi
Gdzieś w moim mieście…
W moim mieście…
sł. i muz. Apolinary POlek, Wrocław, lipiec 2009
Powiało od jeziora.
Już świta, chce się spać.
Sezon dawno się skończył.
Zostałem tylko ja.
W waszych wielkich sercach
Miejsca coraz mniej.
Kamień już dawno się stoczył
I szczelnie porósł mchem.
Ja czekam ciągle na brzegu.
Łodzi kołysze się maszt.
Chciałbym wziąć was na pokład
Lecz chyba popłynę sam.
Ja czekam ciągle na brzegu.
Łodzi kołysze się maszt.
Chciałbym wziąć was na pokład
Lecz znowu popłynę sam.
O wodę biją skrzydła
Słońce znów rodzi się
Jezioro zamigotało
Coś mi powiedzieć chce
Dlaczego ciągle tu siedzę
Gapiąc się w słońca wschód
Odpowiadają mi fale
Klaszcząc o pustą łódź
Ja czekam…
Męskie dziecinne zabawy
Tak śmieszne dla naszych żon
Bo przecież każdy z nas dawno
Odszedł we własny kąt.
Co tak naprawdę się stało
Że płaski żart – jak to brzmi! –
Nie chce mieć nic wspólnego
Z dawnym braterstwem krwi?
Ja czekam…
W waszych wielkich sercach
Miejsca coraz mniej
I głupio nawet wspominać
Nasz niewyśniony sen
sł. i muz. Apolinary POlek, Łódź, grudzień 2008-luty 2009
Buduję daszek, rozbierając daszek.
Niełatwa to rzecz i dlatego czasem
Na tej drodze od „jestem pewien” do „nie wiem”
Potykam się o samego siebie,
Tak jest…
Gorąco wierzę, chociaż wiem że nie wiem,
Bo tylko jedno w tym życiu jest pewne –
Że gdzieś tam są z góry powzięte założenia
Pod wszystkim, co masz do udowodnienia,
Co mam…
Kochani buddyści – to jest takie proste:
Moja klatka się składa z nazw i tożsamości.
Naprawdę wierzę w to wasze przesłanie
I właśnie dlatego nie jestem z wami,
Nie, nie…
Nieposiadanie i posiadanie –
Kolejne czarne i kolejne białe…
Drodzy hipisi, niewolnicy wolności,
Gdybym nic nie miał, gdzie bym was ugościł,
No, gdzie?
Ja chciałbym być wolny od tego wszystkiego
I wolnym być też od tego chcenia.
Chciałbym być wolnym od chcenia bycia wolnym
I od tego, że wcale tak nie jest,
Tak jest…
A na razie buduję nowy daszek.
Niełatwa to rzecz i dlatego czasem
Pomiędzy „Jestem pewien” a „nie wiem”
Potykam się o samego siebie…
sł. i muz. Apolinary POlek, Wrocław, Łódź, lipiec 2009
Spotkałem człowieka w Zambrowie.
Samotny jak palec był.
Głodny poezji, drogi, miłości
Przysiadł się do mnie, przysiadł po prostu.
Tak chciał żeby znów go gdzieś coś zaniosło
Jak wcześnie pożółkły liść.
Spotkałem człowieka w Sztynorcie
Pełnego wspomnień po brzeg.
Wyczuł, że pierwszy raz tutaj jestem.
Zaraz otoczył mnie opowieścią,
Narzucił na mnie cały swój wszechświat
Jakbym miał przed kimś go strzec.
Poznałem babcię-poetkę
Z Syberii zbiegłą aż tu.
Maczkiem pisane wiersze czytała,
Że już nie zdąży jakby się bała.
Do późnej nocy, potem do rana,
Jakby nie znała snu.
A w Złockiem poznałem dziewczynę,
Przechodząc na drugi brzeg.
Bliską jak słońca promienie na skórze
I tak daleką jak słońce na górze.
Na próżno chciałem z nią zostać na dłużej
Jak wiatr we włosach jej.
Spotkałem potem ciebie
W jakiś zwyczajny dzień.
Głodny poezji, drogi, miłości,
We włosach popiół spalonych mostów,
Zbyt dużo nie chcę, żeby od ciebie,
Która tak samo szukasz i nie wiesz
Cokolwiek więcej chcieć.
sł. i muz. Apolinary POlek, Jerzwałd, Kraków, Łódź, sierpień-wrzesień 2008
Dla zgubionych w lasach jezior nowy nadszedł czas,
Ale tutaj wciąż jest spokój, nie ma plaży, ani budek z hot-dogami
Wioska budzi się o świcie, po dwudziestej zasypia,
Tylko gdzieniegdzie wesoło gwarzą letnicy .
Doktor Niegłowicz na półwyspie już nie mieszka,
Ale ponoć żyje tu ciągle ten sam pisarz.
Pod sklepikiem nowym Szulcom aż dymi spod czaszki
I tak na uboczu życia tkwią pańskie Skiroławki
Nikt nie walczy z miłością czystą i prawdziwą
Bo zamknięto ją w rezerwatach kobiecych magazynów
Schizofrenia wciąż jest modna i dlatego nie zagląda tutaj nikt
Kto nie wie, jak piękne jest życie wolnych ludzi.
Nawet pekaes tu nie jeździ, choć przystanek już pod wiatą.
Stare groby na cmentarzu zabrał las i zwykły bieg wydarzeń.
Przez wieś przemknie czasem lśniące autko z Warszawki,
Lecz kamienny jest sen, w którym toną pańskie Skiroławki.
A wokół rośnie wielki las
Głuchy, milczący, prastary.
Odebrać pragnie co swoje,
Obojętność siejąc w nas.
Toczy cierpliwie serca,
Czasem w czyichś oczach go widać.
Złowroga obca otchłań,
Tak martwa, że aż żywa.
Na pobliskim brzegu stary korpus łodzi
Żre korozja i wspomnienia.
Ptak o piórach utkanych z ludzkich snów ma tam schron
Przed nowymi ludźmi, co nie patrzą nigdy na żurawie.
Takich typów odstraszy jednak las,
A jezioro odwróci od nich twarz i spadnie na nich cisza.
Dla zgubionych w lasach jezior może nowy nadszedł czas,
Ale pańskie Skiroławki pozostaną tajemnicą
w nas.